Bronią interesuję się blisko 30 lat, a zacząłem dość młodo, bo we wczesnej podstawówce – serio, wymieniłem z kolegą kilka komiksów na książkę „Prezentuj broń – oręż wojska polskiego 1939-45 (mam ją do dziś) i tak się zaczęło. Przez wiele lat była to pasja czysto teoretyczna, aż gdzieś w 2004 r. wciągnąłem się najpierw trochę w strzelectwo czarnoprochowe, a niedługo potem już w to współczesne, z najbliższym memu sercu dynamicznym. Gdzieś po drodze był kurs instruktorski, licencja sędziowska. Moim ulubionym rodzajem strzelectwa jest to o podłożu praktycznym, ale w strzelectwie lubię różnorodność i uważam, że warto próbować wszelkich jego odmian – historycznych, olimpijskich, dynamicznych, dalekodystansowych – wszystkie są fajne i jest duże pole do rozwoju.

Co chcę zrobić dla Stowarzyszenia:
Strzelectwo w Polsce jest aktywnością niszową, tzw. statystycznym obywatelom miłośnicy broni często jawią się jako osobnicy dziwni, może nawet niebezpieczni, wszak „normalnemu obywatelowi broń nie jest do niczego potrzebna”… Niemal każdy, kto miał okazję choć trochę postrzelać wie, że te opinie dalekie są od rzeczywistości, a strzelanie jest niezwykle przyjemną formą spędzania czasu. Nad aktywną zmianą tego wizerunku miłośników broni i strzelectwa w społeczeństwie warto pracować, uświadamiać, prezentować, upowszechniać – i w tym widziałbym rolę Stowarzyszenia, w to z wielką przyjemnością się włączę.

Sytuacja strzelców w naszym kraju niestety wciąż daleka jest od ideału – z racji dość restrykcyjnego prawa, nie istnieje coś takiego jak „pozwolenie rekreacyjne”, do niedawna ci, którzy chcieli po prostu postrzelać z własnej broni mieli właściwie do wyboru tylko drogę zostania sportowcem – z patentem i licencją, obłożoną koniecznością regularnego startowania w zawodach, PZSS-em, który niespecjalnie interesuje się losem zwykłych strzelców niemających aspiracji olimpijskich. Od ostatniej nowelizacji prawa w 2011 r. wreszcie choć trochę znormalniały przepisy dotyczące kolekcjonerstwa, lecz ta forma aktywności strzeleckiej pozbawiona jest instytucjonalnej opieki (i dobrze) pokroju PZSS, czy PZŁ, która reprezentowałaby interesy kolekcjonerów „na zewnątrz”, zwłaszcza w stosunkach z urzędnikami i politykami. I tu również dostrzegam pole do działania dla prężnego stowarzyszenia, które może być merytorycznym i liczącym się głosem w rozmowach z władzami.